Żurek grozi kryminałem prezydenckim ministrom. Może skończyć tak samo
Minister Waldemar Żurek zamierza nękać prokuratorskim śledztwem doradców prezydenta Nawrockiego. Podstawa prawna jest wątła, zdobycie niezbitych dowodów - mało realne. Chodzi o to, aby straszyć. Tyle że Żurek przeciera drogą swoim następcom. Tym łatwiej będzie postąpić podobnie z nim samym.

Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek ogłosił, że poleca swoim podwładnym ścigać karnymi zarzutami doradców prezydenta Karola Nawrockiego za namawianie go do złamania prawa.
Ma nim być nieodbieranie ślubowania sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
Ten rozgorączkowany były sędzia, zmieniony w polityka, mówił już najróżniejsze rzeczy. A to opowiadał o sobie jako o drwalu, a to wyzywał prezydenta na bokserską ustawkę. Nic też dziwnego, że reakcje adresatów tej zapowiedzi były pełne rozbawienia.
Szef prezydenckiej kancelarii Zbigniew Bogucki porównał go do człowieka, który odleciał w kosmos.
Jednak, choć brzmi to w pierwszej chwili jak primaaprilisowy dowcip, być nim nie musi. Żurek jest prokuratorem generalnym. Nie tylko nie uwolnił prokuratury od politycznego nadzoru, ale go wzmocnił, tworząc - przynajmniej w sprawach politycznych - dość szczelny system sterowania nią.
Do pewnego stopnia poprzez prezesów sądów steruje także sędziami, bo przecież może manipulować składami orzekającymi. To, co wydaje się kompletną fantazją, jego wola może zmienić w konkretne postępowanie. Czy skuteczne, to inna sprawa.
Jak włam do kiosku?
W rozmowie z Markiem Tejchmanem w "Gościu Wydarzeń" Polsat News Żurek objaśnił swoją logikę.
Jeśli ktoś dokonuje włamu do kiosku (to jego język), a ktoś inny go do tego zachęca, to ten zachęcający też powinien odpowiadać karnie.
Porównanie decyzji politycznej, choćby i prawnie wątpliwej, do zwykłego kryminalnego przestępstwa, to oryginalny wkład ministra w kształtowanie naszego życia publicznego.
Kiedy wiele lat temu następcy zamknęli do więzienia byłą premier Ukrainy Julię Tymoszenko, napisałem, że pomysł karania za konkretne decyzje - czyli swoista kryminalizacja polityki - to zjawisko typowe dla krajów ze słabo ugruntowaną demokracją, ledwie wydobywających się z dyktatorskich systemów.
Oczywiście typowe także dla typowych państw autorytarnych czy totalitarnych. Nasz minister sprawiedliwości chce sprowadzić Polskę i Polaków do takiego poziomu. Ale oczywiście jak zechce, to sprowadzi. Ma w Kodeksie karnym artykuł 286., grożący karami za przekroczenie uprawnień albo niedopełnienie obowiązków.
To są gumowe formułki, można pod nie w teorii podciągnąć wszystko. Ta władza już to wielokrotnie wobec polityków robiła lub próbowała zrobić, choć dotyczyło to innych sytuacji. Ma też artykuł 289., pozwalający karać za podżeganie do któregoś z tych przestępstw.
Oczywiście mamy tu spór prawny. Karol Nawrocki uważa, że postępował zgodnie z prawem, za to bezprawna była komedia ze ślubowaniem sześciu prawników uznanych przez koalicję za sędziów bez udziału prezydenta.
Ale siła jest przynajmniej potencjalnie po stronie Żurka. Siła polegająca na kontrolowaniu wymiaru sprawiedliwości, jak trzeba - wspieranego przez policję. Stworzenie takiego systemu kontroli nazywane jest, jak na urągowisko, przywracaniem praworządności.
Oczywiście niejasnym pozostaje, jak miałoby w tym przypadku wyglądać zdobywanie dowodów winy. Jak dowieść, którzy doradcy co mówili prezydentowi? Który na dokładkę sam pozostaje poza taką odpowiedzialnością, bo odpowiada tylko przed Trybunałem Stanu, przed którym Sejm może go postawić większością 2/3 głosów.
Na dodatek Nawrocki nie odmówił przyjęcia ślubowania, a tylko z nim zwlekał. Gdzie tu przestępstwo?
No i w roku 2015 Trybunał Konstytucyjny, złożony wówczas głównie z ludzi mianowanych przez centrolewicę, a kierowany przez Andrzeja Rzeplińskiego, uznał, że są wyjątkowe sytuacje, kiedy głowa państwa może się z przyjęciem ślubowania wstrzymać.
Czy więc jesteśmy pewni, że delikt konstytucyjny ma tu miejsce?
Można więc podejrzewać, że i w tym przypadku, jak w tylu innych, chodzi raczej o gonienie króliczka niż jego złapanie. Ciąganie Zbigniewa Boguckiego i innych prezydenckich ministrów na przesłuchania może ich zmęczyć lub zastraszyć.
No i jaka to satysfakcja dla najtwardszego elektoratu.
To obosieczna broń
Czy Żurek uruchamia coś takiego z własnej inicjatywy? Podobno premier Tusk nie może się doczekać od niego efektów "rozliczeń", więc trzeba się wykazać. Szef rządu, pytany o to śledztwo, sprawiał wrażenie zaskoczonego. Powiedział rozbawiony coś o "ponadstandardowym działaniu".
Czy naprawdę go to zaskoczyło, czy może udawał? Na pewno jest to spełnienie jego wizji polityki jako permanentnej awantury. Sam dopiero co nazwał prezydenta "sabotażystą".
Warto tu jednak dodać rzecz może najważniejszą. Podejmuje takie działania minister nieustannie przekraczający prawo. Wymiana prokuratora krajowego wbrew ustawowej procedurze to dzieło jeszcze Adama Bodnara.
Ale zmiana rozporządzeniem przepisów ustawy, przewidujących losowanie składów sędziowskich, to już "dorobek" Żurka. Podobnie zapowiedź wyboru Krajowej Rady Sądownictwa niby według przepisów pisowskiego prawa, a jednak zmienionych samą wolą prokuratora generalnego (i marszałka Sejmu).
Te przykłady się mnożą, politycy PiS grożą po wygranych przez siebie wyborach, zwłaszcza ministrowi sprawiedliwości, prokuratorskimi śledztwami.
W tym momencie Waldemar Żurek sam przeciera im drogę. Tworzy bardzo wyrazisty precedens, nie tyle prawny co przesuwający granice politycznego obyczaju.
Po czymś takim, jeśli Koalicja Obywatelska przegra w 2027 roku, to on zajmie zapewne miejsce przesłuchiwanych polityków prawicy. Możliwe zresztą, że nie sam.
Przypomnę choćby upór ministra finansów Domańskiego, odmawiającego PiS-owi własną decyzją budżetowych pieniędzy. Skądinąd próba pociągnięcia do odpowiedzialności może dotyczyć także samego premiera.
A jednak trzon tej ekipy upiera się przy kryminalizacji polityki. Może są przekonani, że na pewno tych wyborów nie przegrają, nawet jeśli wynika to na razie z wszystkich sondaży, a IBRIS szacuje niezadowolonych z obecnego rządu na 53 proc.
A może to po prostu zwykłe upojenie władzą: robimy to, bo możemy? Taki syndrom widać było już po stronie władzy pisowskiej. W tej konkurencji Tusk i jego ludzie jednak już dawno prześcignęli poprzedników. I zapewne nie powiedzieli ostatniego słowa.
Piotr Zaremba














