Trump od początku chciał zablokować Ormuz. I to dobra wiadomość dla Polski
Mgła wojny na Bliskim Wschodzie opada. I co nieco już widać. A to, co widać, to dla Polski potencjalnie całkiem dobra perspektywa. Donald Trump robi światu prawdziwy alterglobalistyczny restart.

Co widać? Choćby to, że USA wyrastają w tym nowym świecie na nowy hub energetyczny świata. Trwa też proces umacniania amerykańskiej kontroli nad większością kluczowych cieśnin, przez które idzie lwia część część światowego handlu.
Na nowych warunkach powoli siadać będą do stołu negocjacyjnego ze swoimi wrogami (Chiny, Rosja). Ale także z partnerami (Unia Europejska, Wielka Brytania, Kanada). To jest absolutnie nowy świat, na który nie wolno nam zamykać oczu. Zwłaszcza że potencjalnie jest on dla nas dużo lepszym scenariuszem niż wizja chińsko-rosyjskiej dominacji z Zachodem w roli wymierającego skansenu.
Wybaczcie, ale nie zamierzam się już nawet odnosić do tych wszystkich, którzy mają halucynacje. Jeśli nadal powiadacie, że Trump jest szaleńcem i agentem Putina, Ameryka się skończyła, a Iran wygrał wojnę - to wasza sprawa. Krzyżyk na drogę, ja was do tego, że ziemia nie jest dyskiem leżącym na siedmiu krokodylach przekonywać nie zamierzam.
Wojna na Bliskim Wschodzie. Drugi, ukryty cel Amerykanów
Pomówmy o faktach. A fakty są takie, że w ciągu minionych tygodni mieliśmy do czynienia z najciekawszą od lat operacją dyplomatyczno-militarną.
Zaczęło się - jak pamiętamy - od "Epickiej Furii", czyli amerykańsko-izraelskich bombardowań Iranu oraz precyzyjnych akcji wymierzonych w zdziesiątkowanie ich politycznego przywództwa.
Teheran dzielnie się odgryzał - w końcu od lat państwo ajatollahów zbroiło się na potęgę na nadejście tego sądnego dnia. Na koniec cudu jednak nie było. Irańskie lotnictwo i marynarka wojenna zostały zniszczone, a kraj w praktyce pozbawiony został innych niż ściśle obronne zdolności operacyjnych.
Oczywiście pozostały im siły lądowe. Sęk w tym, że nikt ich nikt atakować nie zamierzał. Celem "Furii" była przecież w pierwszej linii neutralizacja Iranu jako czynnika zagrażającego interesom USA w regionie.
Ale był jeszcze drugi cel. Z tym, że on zaczął być widoczny dopiero, gdy mgła wojny zaczęła trochę opadać. Dziś wygląda na to, że tym drugim - ukrytym - celem Ameryki była… blokada Ormuzu. Czyli cieśniny, przez którą przechodzi cały irański import ropy - głównego surowca kraju ajatollahów. A przy okazji także ropa od krajów Zatoki Perskiej. Ta pierwsza trafia głównie do Chin. Ta druga zaopatruje w surowiec całą resztę świata.
Irańczycy o tym wiedzieli i będąc w opałach, zagrali tę kartę. Ormuz stanął, a ceny paliw na światowych rynkach poszły w górę. Także w tych miejscach na ziemi, którym (jak Unii Europejskiej) ropa od krajów Zatoki zapewnia tylko niewielką część zapotrzebowania. Rynek ropy tak już jednak działa. Przy bardzo sztywnym popycie każdy szok podażowy pcha natychmiast ceny ropy na najważniejszych giełdach. W efekcie mamy podwyżkę cen nie tylko dla krajów zaopatrujących się w zatkanym punkcie systemu.
Blokada? Świetny pomysł
Jakież było jednak zdziwienie, gdy już po zakończeniu bombardowań Iranu Trump ogłosił, że on się do irańskiej blokady Ormuzu… przyłącza.
I teraz to amerykańska flota będzie pilnowała, kto może, a kto nie może przejść przez cieśninę. Ajatollahom w jednej chwili wypadła z ręki dźwignia, którym chcieli naciskać na Amerykę. Zamiast tego stali się raczej obiektem coraz bardziej gniewnej presji ze strony swoich sojuszników Chin czy zaprzyjaźnionego Pakistanu, którym blokada zakręciła źródło życiodajnego surowca.
Sami Irańczycy zostali zaś z ropą jak przysłowiowy Himilsbach z angielskim. Jeszcze tydzień i zapełnią im się wszystkie magazyny. A wtedy czeka ich konieczność wygaszenia wydobycia. Dla i tak niezbyt zamożnej gospodarki to jak siedzenie na bombie, której lont już się pali.
A Ameryka? Ameryka tylko zatarła ręce. Widzieliście pewnie w tych dniach w sieci zdjęcia armady kilkuset pustych tankowców poruszającej się w czasie rzeczywistych ku roponośnym wybrzeżom USA. Ameryka eksportuje dziś ok. 13 mln baryłek ropy dziennie. To wzrost o 20-30 proc., w porównaniu z tym co było pół roku temu. I rekord wszech czasów.
Ten popyt nakręca oczywiście produkcję. Ameryka produkuje dziś więcej ropy niż dwaj następni wytwórcy (Arabia Saudyjska i Rosja) razem wzięci. Bardzo podobne rzeczy dzieją się na rynku LNG - po blokadzie Ormuzu Ameryka uzupełniła światowe niedobory swoją własną produkcją. Ta zwiększyła się od marca z 13 do prawie 16 mld metrów sześciennych, umacniając USA na pozycji światowego lidera wśród dostawców surowca.
Trzeba przy tym dodać, że Trump bynajmniej nie poluzował ropno-gazowych sankcji USA na Rosję. Przeciwnie - są one dziś dużo ostrzejsze, niż były za prezydentury Bidena. Tyle w temacie rzekomej prorosyjskości obecnego gospodarza Białego Domu. Czemuż miałby się zresztą Trump dzielić z Putinem zyskami z sukcesu swojej operacji?
Totalna zmiana reguł gry
W pewnym momencie Ormuz (a zwłaszcza ropa partnerów USA na Bliskim Wschodzie) zostanie pewnie odblokowana. Wątpliwe jednak, by Ameryka tak łatwo zrezygnowała ze zdobytej pozycji. Zwłaszcza że podaż jest po ich stronie w zasadzie nieograniczona.
Pamiętacie Wenezuelę i tamtejszą operację przeciwko antyamerykańskiemu prezydentowi Maduro? No to wyobraźcie sobie, że jego następczyni - widząc, co się działo w Iranie - jest już dużo bardziej skłonna do kooperacji z Ameryką. A dodajmy jeszcze, że Wenezuela ma największe dziś potwierdzone złoża ropy na świecie (ok. 17 proc. całego globalnego zasobu). Pod bokiem jest jeszcze kanał Panamski, który Amerykanie już rok temu objęli rodzajem wojskowej kurateli. Co było jednym z pierwszych posunięć Trumpa po powrocie na urząd.
Ustanawiając Amerykę nowym protektorem Ormuzu, Trump zmienia kompletnie reguły gry w światowym handlu. Dotąd było tak, że cieśniny były autostradami darmowymi dla wszystkich. Od teraz Ameryka staje się ich nadzorcą, który może przepuszczać tamtędy kogo chce. Przepuszczać lub wstrzymać. Co daje Stanom niesamowity lewar negocjacyjny. Bez ustanawiania oczywiście żadnego stałego myta ani niczego w tym rodzaju. Strach przed blokadą wystarczy.
W tej grze chodzi przede wszystkim o Chiny. Tego arcyrywala, wobec którego Ameryka ostatnich 20 lat tylko się cofała. Martwiliśmy się przy tym wszyscy nadejściem momentu, gdy Pekin powie im "sprawdzam". Sam lub w sojuszu z innymi państwami kontestującymi zachodnią dominację - Rosją i innymi BRICsami.
Teraz Waszyngton odwraca ten trend całkowicie. Zwłaszcza że w tych dniach doszło również do porozumienia o pogłębieniu współpracy wojskowej USA z Indonezją. A Indonezja to kraj kluczowy w zapewnieniu przepustowości innej krytycznej cieśniny globu - cieśniny Malakka. Długiego na 900 km korytarza, którym musi przejść 75 procent tego, co trafia drogą morską do Chin.
Miał uczynić Amerykę znowu wielką. No to tak robi
Tym sposobem Trump doszedł tam, gdzie chciał dojść od samego początku prezydentury. To znaczy do nowego ułożenia relacji pomiędzy Ameryką, a jej głównymi partnerami i rywalami. Trump obiecał swoim wyborcom przywrócenie wielkości Ameryki nie tylko w znaczeniu symbolicznym. Ale także materialno-bytowym. W Ameryce produkcja ma się znowu opłacać. Za tym pójść ma odbudowa dobrze płatnych miejsc pracy dla klasy robotniczej i średniej, które administracja Clintona radośnie wyeksportowała do Azji. Make America Great Again.
Początkowo droga do tego celu wiodła poprzez presję USA na obniżenie kursu dolara. Tu jednak natrafił na twarde weto partnerów handlowych. To, że na pogorszenie zysków swoich eksporterów nie zgodzili się - po dobroci - Chińczycy, można się było spodziewać. Na nich Trump musiał znaleźć jakiś inny lewar. Jednak pryncypialny opór Europy był dla stanów policzkiem i wychodzi teraz czkawką przy temacie NATO.
I tu negocjacje nie są zakończone. Ameryka coraz mocniej stawiać będzie kwestię podniesienia europejskiej składki za parasol atomowy, jaki nad nimi Wujek Sam od drugiej wojny roztacza. Patrząc na stan świadomości liberalnych elit UE, które nie chcą tego argumentu przyjąć do wiadomości, wygląda na to, że może być z tym różnie.
Dla nas to wielka szansa. Silna Ameryka daje nam gwarancje bezpieczeństwa. One będą kosztowały. Tym kosztem będą choćby wydatki na zbrojenia w ramach NATO czy jakiejkolwiek innej organizacji, wokół której Ameryka Trumpa i następców będzie chciała budować swój blok.
Ktoś powie, że to wysoka cena. Ale jaka jest alternatywa? Przecież bez Ameryki nasze wydatki na bezpieczeństwo będą musiały być... jeszcze wyższe. I na dodatek ze znacznie mniej pewnym zwrotem z inwestycji.
Rafał Woś














